„Ja już sama nie włączam gazu. Boję się, że upadnę albo coś się stanie” – mówi Onutė, niegdyś znana specjalistka od obuwia, dziś unieruchomiona po dwóch udarach. Opowiada o swoim życiu, pracy, śmierci córki i ogromnej woli życia.
– Moje dzieciństwo upłynęło na wsi w Dzukii, w rejonie orańskim – wspomina Onutė. – W naszej rodzinie było jeszcze trzech młodszych braci, którymi musiałam się opiekować. Rodzice pracowali w kołchozie, a sami również mieliśmy kawałek własnej ziemi – wtedy można było dostać około 60 arów na gospodarstwo.
Dziadkowie Onutė wyjechali kiedyś do Ameryki za chlebem, ale później wrócili na Litwę.
– Dziadków nie zdążyłam poznać, już nie żyli – opowiada Onutė. – Bardzo mi tego brakowało. Nie mogłam się dowiedzieć, jak z tej naszej dalekiej wsi wyruszyli statkiem aż do Ameryki.
Razem z dziadkami wrócił na Litwę także ojciec Onutė, ale był wtedy jeszcze dzieckiem, nie miał nawet trzech lat. Za pieniądze zarobione w Stanach dziadkowie kupili ziemię i las, zaczęli gospodarować. Potem przyszła wojna – ziemię im odebrano, a powojenne lata na dzukijskiej wsi upływały w trudzie i nieustannym poczuciu zagrożenia.

– Mój ojciec był wielkim patriotą, zawsze gotowym z bronią w ręku bronić Litwy – wspomina Onutė. – Po wojnie był partyzantem. Wystarczyło, że coś się działo – od razu chwytał za karabin i znikał w lesie. Całe gospodarstwo spoczywało wtedy na barkach mamy. Żyliśmy w ciągłym zagrożeniu – za dnia przychodziło wojsko radzieckie, a nocą przychodzili partyzanci.
Onutė pamięta, jak nieraz budziła się w nocy pośród śpiących w pokoju uzbrojonych mężczyzn. Nad ranem jednak już ich nie było – odchodzili do lasu.
– A potem w dzień przychodzili Rosjanie i nawet nas, małe dzieci, wypytywali, kto do nas przychodzi – opowiada kobieta. – Oczywiście nic nie mówiliśmy, mama surowo nam tego zabraniała.
Do Wilna – trochę przypadkiem
– Do Wilna trafiłam właściwie przypadkiem – uśmiecha się Onutė. – Moja przyjaciółka z dzieciństwa, Birutė Čepulytė, namówiła mnie, żebym zdawała do technikum przemysłu lekkiego. Choć był duży konkurs – pięć osób na jedno miejsce – zdałam egzaminy wstępne i rozpoczęłam naukę.
Onutė chciała zostać krawcową, ale wychowawca przekonał ją, by wybrała specjalność obuwniczą.
– Po ukończeniu technikum zaczęłam pracę w eksperymentalnym zakładzie Zjednoczenia Przemysłu Skórzano-Obuwniczego im. P. Eidukevičiusa – przygotowywałam podeszwy do sandałów, zaopatrywałam dwa działy w potrzebne elementy – wspomina Onutė. – Później jednak ktoś zdecydował, żeby przenieść mnie do działu kadr. Zostałam inżynierem do spraw szkolenia i przygotowania pracowników, uczyłam robotników.

Tak się wtedy pracowało
Po pewnym czasie Onutė poznała swojego męża, wyszła za mąż, a wkrótce na świat przyszła ich córka.
– Urodziłam córeczkę – wspomina Onutė. – Marzyłam o większej rodzinie, ale mam krew Rh ujemną. Wtedy lekarze mówili, że przy takiej grupie można rodzić tylko raz, bo kolejne dzieci mogą mieć poważne choroby.
Tak więc Onutė i jej mąż pozostali przy jednym dziecku. Po powrocie z urlopu macierzyńskiego Onutė powiedziała swoim przełożonym, że nie chce wracać do działu kadr i wolałaby pracować w zawodzie, zgodnie ze swoją specjalizacją.
– Przez jakiś czas dawano mi różne zajęcia – tu, tam, gdzie akurat było trzeba, ale potem nagle wydano decyzję, że mam zostać kierowniczką działu eksperymentalnego – kontynuuje Onutė. – Kiedy się o tym dowiedziałam, rozpłakałam się. Bardzo bałam się tej ogromnej odpowiedzialności materialnej, która miała na mnie spaść.
Jednak kierownictwo zakładu było nieugięte.

– Mówiono mi: „Sama przecież chciałaś pracować w swoim zawodzie – właśnie to ci proponujemy. To duży awans” – wspomina Onutė. – Poza tym w tamtych czasach i tak musiałam odpracować skierowanie, więc nie mogłam się sprzeciwić. Tak się wtedy pracowało.
Onutė musiała się zgodzić. Nie było łatwo – pojawiło się wiele wyzwań – ale praca była też niezwykle ciekawa. Miała okazję pracować z najlepszymi projektantami obuwia i najbardziej doświadczonymi specjalistami w tej dziedzinie.
– Nasi projektanci byli naprawdę bardzo utalentowani – potrafili stworzyć model buta na podstawie zdjęcia z czasopisma – opowiada Onutė. – To była bardzo odpowiedzialna, ale jednocześnie fascynująca praca.
Muzyka w domu
Córka Onutė od najmłodszych lat wyróżniała się talentem muzycznym. Dostrzegała go nie tylko rodzina, ale i otoczenie.
– Moja córka została przyjęta do Szkoły Sztuk Pięknych im. M. K. Čiurlionisa jeszcze wtedy, gdy chodziła do przedszkola – wspomina Onutė. – W tamtym czasie specjalnie wyszukiwano dzieci uzdolnione muzycznie.
Rodzina bardzo cieszyła się z talentu dziewczynki i wspierała ją na wszelkie możliwe sposoby.
– W naszym domu stało duże, czarne, radzieckie pianino „Belarus” – mówi z uśmiechem Onutė. – Obiecałam córce, że jeśli będzie dalej uczyć się w szkole muzycznej, kupimy jej porządny instrument. I rzeczywiście – kiedy zaczęła naukę w szkole im. M. K. Čiurlionisa, kupiliśmy jej nowe, dobre pianino marki „Weinbach”.
Córka Onutė kontynuowała edukację muzyczną, a później wyszła za mąż i doczekała się dzieci.
Rozstanie
– Mój zięć był fizykiem – wspomina Onutė. – To były lata dziewięćdziesiąte, trudno było o pracę, więc kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę, wyjechał razem z moją córką i wnukami do Ameryki, do Indianapolis.
Dla Onutė był to bardzo bolesny cios.

Chciała mieć córkę blisko – rozmawiać z nią, dzielić codzienność, pomagać w wychowaniu wnuków. Tymczasem dzieliły je tysiące kilometrów, a Onutė pozostawały jedynie jej listy.
– Dowiedziałam się, że córka zachorowała na chorobę onkologiczną – mówi cicho Onutė. – Do Litwy już nie wróciła… Zmarła tam, mając 56 lat.
Później odszedł także mąż Onutė, z którym przeżyła 46 lat.
– Mój mąż nie był może bardzo wykształcony, jak dziś się mówi, ale mnie to wcale nie było potrzebne – mówi Onutė. – Pochodził z Duksztów, później skończył szkołę mechanizacji. Był dla mnie wszystkim – moimi rękami i nogami. Wszędzie mnie woził: do jego rodzinnych stron, do Duksztów, innym razem do moich ojczystych Oran. Często jeździliśmy razem na działkę, gdzie własnymi rękoma zbudowaliśmy mały domek.

Dziś Onutė mieszka sama. Dwóch jej braci już nie żyje, a jedyny żyjący brat ma ponad 80 lat i mieszka z żoną, Marytė, w Grzegorzewie.
– Mówię do brata: „Wam jest dobrze, bo jesteście we dwoje – możecie w razie potrzeby wezwać pogotowie albo liczyć na pomoc” – zwierza się Onutė. – Nie daj Boże zostać samemu.
Po udarze
Onutė ma realne powody, by obawiać się o swoje zdrowie. W czerwcu 2024 roku przeszła ciężki, podwójny udar. Dziś prawie nie widzi, ale wciąż potrafi, opierając się na lasce, przejść kilka kroków po pokoju.
Bezpośrednio po udarze trafiła do szpitala, potem do Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki, a następnie na rehabilitację. Leczenie przyniosło efekty – choć choroba bardzo ją dotknęła, Onutė nadal może się porozumiewać i radzi sobie w codziennych czynnościach.
– Lekarze powiedzieli mi, że po tak silnym udarze tylko 20 procent ludzi przeżywa rok – mówi Onutė. – Ja przeżyłam już trochę więcej, prawie dwa lata. Teraz to już nie ode mnie zależy. Będę żyła tyle, ile mi jest dane.
Onutė przyznaje, że ogromnie pomogło jej pół roku spędzone w Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki, dokąd trafiła po udarze i pobycie w szpitalu.
– W hospicjum spotkałam bardzo wielu dobrych ludzi – wspomina Onutė. – Wspaniałe lekarki, zawsze przychodziły porozmawiać, pytały, czego mi potrzeba. Bardzo pomogła mi tam fizjoterapeutka Agnė – nauczyła mnie chodzić z chodzikiem, często odwiedzała mnie też psycholog Asta. W każdą środę i niedzielę w kaplicy hospicjum odbywają się nabożeństwa, a ksiądz przychodzi nawet do sali, jeśli któryś z pacjentów o to prosi.
Znowu w domu
Jednak po powrocie do domu po leczeniu wiele spraw zaczęło sprawiać jej trudność.
– Kiedy wróciłam do domu, nie wiedziałam nawet, jak zaparzyć kawę – pamięć bardzo mi się pogorszyła – wspomina Onutė. – Musiałam dzwonić po wolontariuszy, żeby mi pomogli.
Teraz seniorkę w domu odwiedza wolontariusz hospicjum, Evaldas.
– Bardzo lubię czytać książki, ale teraz mogę to robić tylko przez silną lupę, bo prawie nic nie widzę – mówi. – Evaldas nie tylko czyta mi książki, ale przynosi też audiobooki. Wysłuchałam już trzech.
Seniorka przyznaje, że nie tyle samo czytanie książek jest dla niej najważniejsze, ile sam fakt wizyty wolontariusza – jego obecność, pomoc i rozmowa, bo sama może już coraz mniej.
– Ja już sama nie korzystam z gazu, boję się, że się przewrócę albo coś mi się stanie – opowiada Onutė. – Gaz zapalają pielęgniarki, które przychodzą podać mi leki do oczu.
Najbardziej jednak obawia się pogorszenia stanu zdrowia, które mogłoby przykuć ją do łóżka.
– Kiedy leżałam w szpitalu, słyszałam, jak pielęgniarki mówiły o kobietach, które nie mogły poruszyć ani nogą, ani ręką – wspomina Onutė. – Mówiły, że przychodził syn, postał chwilę przy łóżku i wychodził. Ja im wtedy powiedziałam: „Chociaż poruszcie im nogami, żeby poczuły, że ktoś przyszedł”. Bo jeśli człowiek leży długo w wilgoci i się nie rusza, pojawiają się odleżyny i rany, które potem bardzo trudno leczyć. Taką osobę trzeba koniecznie obracać, poruszać, żeby do tego nie dopuścić. W hospicjum mój stan bardzo się poprawił – na tyle, że mogłam wrócić do domu. Teraz trzymam się życia, jak tylko potrafię.
Wsparcie hospicjum w najtrudniejszych chwilach
Ponad 260 specjalistów i wolontariuszy Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie każdego dnia towarzyszy tym, którzy mierzą się z ciężką, nieuleczalną chorobą – z bólem, lękiem i niepewnością. Opieka hospicjum, zarówno w domu, jak i w oddziale stacjonarnym – dla dorosłych i dzieci – jest bezpłatna i dostępna przez całą dobę.
W najtrudniejszych momentach nikt nie musi być sam.
Pomóż osobom ciężko chorym – przekaż 1,2% podatku na Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie! Więcej informacji: https://bit.ly/KaipPadeti