– Ostatnie trzy lata były dla mnie niezwykle trudne – mówi Edita Lavrinovič. – Straciłam oboje rodziców. To ja podejmowałam wszystkie decyzje dotyczące ich leczenia i byłam przy nich aż do samego końca. W pewnym momencie jeden z pokoi w naszym domu zamienił się w coś na kształt małej sali szpitalnej. Nasze życie zaczęło krążyć wokół choroby, leków i nieustannego czuwania. To był czas, który wyczerpuje – fizycznie i emocjonalnie.
Tam, gdzie zaczyna się bliskość
Edita pochodzi z Olity. Dorastała w zgodnej, ciepłej rodzinie, w której każdy miał swoje miejsce i swoją rolę.
– Oboje rodzice pracowali, więc starałam się pomagać w domu, jak tylko potrafiłam – wspomina Edita. – Kiedy trochę podrosłam, gotowałam dla nich obiady. Lubiłam ten moment, gdy wracali z pracy, a na stole czekało już ciepłe jedzenie.
Jej mama pracowała w zakładach „Alita” w Olicie, a tata prowadził własny warsztat samochodowy, zajmował się naprawą aut.
Rodzina przede wszystkim
– Ukończyłam Uniwersytet Medyczny w Kownie, a potem studia magisterskie z zakresu polityki zdrowotnej i zarządzania placówkami ochrony zdrowia – opowiada Edita. – Nigdy jednak nie podjęłam pracy w zawodzie. Wyszłam za mąż, pojawiły się dzieci. Mąż grał w zagranicznych klubach, więc niemal co roku mieszkaliśmy w innym kraju.

Jak podkreśla, wspólnie zdecydowali, że nie mogą jednocześnie rozwijać dwóch karier – ktoś musiał wziąć na siebie odpowiedzialność za dom i codzienność.
To Edita została przy dzieciach – jako mama i żona, dbająca o rytm życia, stabilność i zwyczajne sprawy dnia codziennego. Z czasem doszła do tego opieka nad starzejącymi się rodzicami, których niespodziewanie dotknęły poważne choroby. Jej własna droga zawodowa zeszła wtedy na dalszy plan.
A czasu zostało bardzo niewiele
– Wszystko zaczęło się od tego, że u mamy wykryto zmianę w oku, którą trzeba było operować – opowiada Edita. – Przeprowadzono zabieg i wszczepiono płytkę radioaktywną. Wydawało się, że choroba się wyciszyła, ale mama musiała co kilka miesięcy dokładnie badać wątrobę i płuca, bo istniało ryzyko przerzutów, które oznaczałyby już bardzo poważne leczenie.
W tym czasie na świecie trwała pandemia COVID-19 i obowiązywały liczne ograniczenia, przez co dostęp do lekarzy był mocno utrudniony.
– Przez kilka miesięcy mama nie mogła zrobić nawet USG. A kiedy w końcu, po dziewięciu miesiącach, udało się je wykonać, było już za późno – choroba zdążyła się rozwinąć – mówi z żalem Edita. – Wykryto rozległe przerzuty do wątroby.

Edita nie zwlekała ani chwili. Dowiedziała się, że jedyną szansą dla jej matki jest bardzo rzadka i kosztowna immunoterapia – leczenie nierefundowane, dostępne wyłącznie prywatnie. Była to najnowsza metoda, innej możliwości już nie było.
– Przez kilka miesięcy próbowałyśmy tych leków, kupowałyśmy kolejne dawki, miałyśmy w sobie dużo nadziei – wspomina Edita. – Ale po czterech miesiącach, kiedy wykonano rezonans magnetyczny, okazało się, że leczenie nie przyniosło efektu. Choroba postępowała.
Wtedy lekarze zdecydowali o wdrożeniu chemioterapii i zastosowaniu bardzo silnych leków.
– To bardzo pogorszyło stan mamy – wspomina Edita. – Po dziesięciu dniach przestała już chodzić. W pewnym momencie jeden z pokoi w naszym domu zamienił się w coś na kształt szpitalnej sali – dodaje.
Kolejne badania krwi potwierdziły najgorsze: mimo wszystkich prób choroba postępowała, a czasu zostało bardzo niewiele.
– Nie wiedziałam jeszcze wtedy nic o hospicjum, dlatego pojechałyśmy do kliniki Gemma, prosząc o miejsce, żebym mogła być przy mamie i opiekować się nią przez całą dobę – wspomina. – Wciąż trwał lockdown, ale udało się dostać osobną salę. To już jednak niczego nie zmieniło. Po kilku dniach mama odeszła.
Relacja z Tatą
– Po śmierci mamy nasza relacja z tatą bardzo się zacieśniła – wspomina Edita. – Często do nas przyjeżdżał. Co prawda mieszkał w swoim domu niedaleko Dowgów, ale od piątku do wtorku był u nas – z wnukami, razem spędzaliśmy czas.
Latem także starał się być blisko córki – przenosił się do Edity, do jej domu nad jeziorem w okolicach Trok.
– Tata nawet przywoził ze sobą swoje kury – opowiada Edita. – Przy domu był dla nich specjalny kurnik.
Bardzo kochał wnuki i miał z nimi wyjątkową więź. Spędzał z nimi dużo czasu, woził je na zajęcia, był obecny w ich codzienności.

Kiedy Edita mieszkała za granicą, rodzice przyjeżdżali, żeby pomóc przy opiece nad dziećmi. Szczególną miłością darzył najmłodszą wnuczkę – Leylę.
Kolejny nieproszony gość
– Pewnego dnia tata nagle zemdlał – wspomina Edita. – Wezwałam pogotowie, bardzo się bałam, że to może być mikroudar.
Pojechała z nim do szpitala, ale rzeczywistość okazała się znacznie bardziej dramatyczna, niż przypuszczała. Badania wykazały guz mózgu – glejaka, jeden z najtrudniejszych do leczenia nowotworów. Został natychmiast zoperowany, jednak lekarze dawali mu zaledwie około dziewięciu miesięcy życia. Choroba postępowała bardzo szybko – już po miesiącu rezonans magnetyczny pokazał, że guz odrósł o półtora centymetra. Przeprowadzono kolejną operację, a potem rozpoczęto chemioterapię i radioterapię.
– Każdego dnia towarzyszyłam tacie w tych wszystkich procedurach – wspomina Edita. – W domu przyjmował chemioterapię w tabletkach, a potem jeździliśmy do szpitala na radioterapię.

Z czasem jego stan wyraźnie się pogarszał.
– Tata tak bardzo osłabł, że musiałam prosić męża o pomoc, żebyśmy mogli zaprowadzić go na radioterapię – opowiada. – Nogi się pod nim uginały, tracił równowagę, mógł w każdej chwili upaść.
Edita szukała innych możliwości leczenia, ale przy tej diagnozie ich po prostu nie było.
– Najgorsza była bezsilność – przyznaje. – Poczułam, że nic już nie zależy ode mnie. Nie ma leków, nie ma leczenia, nie mogę pomóc tacie, który powoli odchodzi na moich oczach.
Stał mężczyzny pogarszał się gwałtownie – z dnia na dzień przestał chodzić i był już całkowicie przykuty do łóżka.
– Dwa razy w tygodniu przychodziła do nas pielęgniarka, bo trzeba było podawać kroplówki, żeby zmniejszyć gromadzenie się płynów w mózgu – wspomina Edita.
To była prawdziwa pomoc
– Wtedy w naszym życiu pojawiło się Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki – wspomina Edita. – Po raz pierwszy usłyszałam o nim od naszej lekarki rodzinnej, która mówiła o nim z dużym przekonaniem i życzliwością.
Edita zaczęła szukać informacji, czytać, próbować zrozumieć, czym naprawdę jest hospicjum. Przyznaje, że początkowo obawiała się zwrócić o pomoc, ale ten lęk szybko ustąpił, gdy poznała pracowników placówki.
– Kiedy zaczęli przychodzić do nas do domu i zobaczyłam ich troskę o tatę, wszystkie moje obawy zniknęły – wspomina. – To była prawdziwa pomoc. Hospicjum wspierało nas zarówno medycznie – poprzez leczenie i leki – jak i psychicznie. Gdy pojawiał się jakiś problem, dzwoniłam, pytałam o radę i od razu robiło mi się lżej – dodaje. – Zawsze podpowiadali, co robić, jak się zachować w danej sytuacji. A jeśli było trzeba – przyjeżdżali natychmiast.
Stan taty się pogarszał, a Edita coraz wyraźniej czuła, że sama nie jest już w stanie podołać opiece w domu.
– Wydawało mi się, że będę przy nim dniami i nocami, zrobię wszystko, co trzeba, o każdej porze, byle mu pomóc – wyznaje. – Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że nie jestem w stanie zapewnić mu takiej opieki, jakiej naprawdę potrzebuje w tym stanie.
Zespół hospicjum również zasugerował przeniesienie taty do stacjonarnej części placówki, gdzie możliwości leczenia i opieki są większe, a warunki lepiej dostosowane do ciężkiego stanu pacjenta. Właśnie wtedy w hospicjum zwolniło się miejsce – decyzję trzeba było podjąć natychmiast.
– Miałam jeden dzień na podjęcie decyzji, bo chętnych jest bardzo dużo – opowiada. – To było dla mnie niezwykle trudne. Pamiętam, że pytałam i syna, i męża: co robić? Najbardziej bałam się, że sama w domu nie dam rady zapewnić tacie właściwej opieki, że czegoś nie dopilnuję, nie zdążę na czas… że zapadnie w śpiączkę albo wydarzy się coś jeszcze gorszego – dodaje.
Edita ostatecznie podjęła decyzję.

– Pojechaliśmy do hospicjum i rzeczywiście – wszystko było przygotowane. Personel przyjął nas bardzo życzliwie, była też psycholog. Rozmawialiśmy i jakoś nagle poczułam spokój – wspomina.
W sali tata nie był sam.
– Było tam jeszcze dwóch mężczyzn – opowiada. – Jeden z nich był bardzo młody, miał tę samą chorobę co mój tata, chyba około trzydziestu lat… Poznaliśmy jego żonę, jej rodziców. Jakoś się do siebie zbliżyliśmy. Wspólne doświadczenie bardzo jednoczy.
Choroba jednak postępowała i nadziei było coraz mniej.
– Pamiętam, że byłam u taty w hospicjum w Wigilię – mówi cicho. – Jego stan bardzo się wtedy pogorszył, trzeba było podać tlen. Tej samej nocy mój tata odszedł.
Wsparcie hospicjum w najtrudniejszych chwilach
Ponad 260 specjalistów i wolontariuszy Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie każdego dnia towarzyszy tym, którzy mierzą się z ciężką, nieuleczalną chorobą – z bólem, lękiem i niepewnością. Opieka hospicjum, zarówno w domu, jak i w oddziale stacjonarnym – dla dorosłych i dzieci – jest bezpłatna i dostępna przez całą dobę.
W najtrudniejszych momentach nikt nie musi być sam.
Pomóż osobom ciężko chorym – przekaż 1,2% podatku na Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie!
Więcej informacji: https://bit.ly/KaipPadeti