„Towarzyszyć w bólu tym, których bliski odchodzi, to także część mojej pracy… Czasem nie trzeba nic mówić. Wystarczy usiąść obok. Wziąć za rękę, być w ciszy.” – o swoich doświadczeniach mówi Asta, psycholog z Hospicjum.
– Dorastałam w domu, w którym dobro było czymś zwyczajnym. Nie na pokaz, nie od święta. Pomaganie innym było naturalne, jak podanie chleba przy stole – bez oczekiwania wdzięczności – opowiada Asta, psycholog z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki. – Mój tata zawsze był blisko ludzi, którzy się pogubili. Współtworzył w Kiejdanach ośrodek dla osób uzależnionych, pracował z tymi, którzy zmagali się z narkomanią i innymi nałogami. W naszym domu uczyłam się tego, że człowieka nie zostawia się w jego słabości czy potrzebie.
Rodzice Asty są ludźmi wierzącymi. Najmocniej zapamiętała babcię – jej cichą dobroć i wiarę. To ona nauczyła wnuczkę, że czasem największą pomocą jest obecność. I że nie każdy ból można wyleczyć – niektóre trzeba po prostu z kimś unieść, razem.

Mała Asta z rodzicami
W poszukiwaniu własnej drogi
– Na początku wybrałam drogę, którą wówczas wybierało wielu z powodów pragmatycznych – uśmiecha się Asta. – Skończyłam zarządzanie transportem i logistykę. Potem jeszcze administrację hotelową i zarządzanie turystyką.
Pierwsza część jej życia zawodowego upłynęła więc – jak sama mówi – przy biurku. Marketing, ceny, tabelki, sprzedaż, świat liczb i wyników. Taki zawód, zdaniem Asty, może być równie ciekawy co kreatywny, można się w nim odnaleźć. A jednak miała wrażenie, że czegoś tam brak… Jakby było za chłodno…. Za mało w tym było człowieka.
Nic zatem dziwnego, że to, czego brakowało w codzienności, próbowała odnaleźć gdzie indziej.
– Wyjeżdżałam na wolontariat – do Gruzji, do Afryki – wspomina. – W Gruzji, po wojnie, razem z jedną ze wspólnot kościelnych organizowałyśmy obóz dla dzieci. W Afryce pracowałam z dziećmi i z kobietami.
Te wyjazdy były jak oddech. Jak przypomnienie, że świat nie kończy się na raportach i planach sprzedaży. Dawały jej poczucie bliskości, sensu, bycia potrzebną. Ale po każdym powrocie czekało na nią biurko – i praca z której żyła. I znów trzeba było wejść w rytm, który nie był do końca jej.

Wolontariat
Zwrot w stronę psychologii nie nastąpił przypadkowo.
– Przeszłam w życiu przez własne kryzysy, które przybliżyły mnie do psychologii. Tak naprawdę chciałam studiować ją już po maturze, ale wtedy wszystko potoczyło się inaczej i wybrałam inny kierunek.
Z trudnym okresem młoda kobieta mierzyła się przy wsparciu psychologów. To doświadczenie pozwoliło jej poznać różne formy terapii – uczestniczyła w terapii grupowej, brała udział w seminariach i warsztatach psychologicznych. Z czasem coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to obszar, który jest jej bliski.
– Od różnych osób słyszałam: może powinnaś iść na psychologię? – wspomina. – Mówili, że potrafię uważnie słuchać, trafnie coś nazwać, być przy kimś w trudnym momencie. To był dla mnie ważny sygnał. W końcu zdecydowałam się spróbować.
Jak ryba w wodzie
Studia psychologiczne okazały się dla Asty tym, czego tak długo szukała.
– Podczas studiów byłam wolontariuszką w Telefonie Zaufania dla Dzieci – wspomina. – To było dla mnie ważne doświadczenie. Uczyłam się prowadzić rozmowy, towarzyszyć w trudnych chwilach. Trzeba jednak pamiętać, że anonimowe linie wsparcia są przede wszystkim po to, by pomóc człowiekowi przetrwać moment kryzysu – być z nim tu i teraz.

Po ukończeniu studiów nie zaczęła od razu pracować w zawodzie. Zmotywowana rozmową z jedną z doświadczonych psycholożek, postanowiła bliżej przyjrzeć się tematowi śmierci.
– Bardzo bałam się śmierci – mówi otwarcie. – To był realny, silny lęk. Pomyślałam, że zamiast od niego uciekać, spróbuję się z nim zmierzyć.
Jakby coś wreszcie trafiło na swoje miejsce
W tamtym czasie Asta przypadkiem natknęła się na ogłoszenie o pracę w Hospicjum. Szukano psychologa. Nie planowała wtedy konkretnego kroku zawodowego, raczej zastanawiała się, w którą stronę dalej pójść.
– To był jeden z tych momentów, kiedy ma się poczucie, że to nie ja znalazłam pracę, tylko że ona znalazła mnie – mówi. – Poszłam na rozmowę bez oczekiwań. Nie miałam gotowego planu ani wyobrażenia, jak to się skończy. Przyszłam po prostu z otwartym sercem i dłońmi, a wyszłam z decyzją o podjęciu pracy. Wraz z nią pojawiło się głębokie poczucie sensu – jakby coś wreszcie trafiło na swoje miejsce.
Hospicjum – podkreśla Asta – bardzo różni się od innych placówek medycznych, które wcześniej znała. To przestrzeń, w której człowiek nie jest tylko pacjentem ani przypadkiem klinicznym. Jest osobą – ze swoją historią, lękiem, nadzieją. Jest czas na rozmowę, na milczenie, na obecność. I właśnie ta obecność ma tu największe znaczenie.
– Przez osiem miesięcy odbywałam praktykę w szpitalu psychiatrycznym. Funkcjonuje on w podobny sposób jak inne placówki medyczne na Litwie – ma podobną strukturę i relacje. To zupełnie inny świat niż Hospicjum – nie kryje zdumienia Asta. – Nie potrafię do końca wyjaśnić dlaczego, ale w Hospicjum odczuwa się coś zupełnie innego – jest tu ciepło ludzi, jest przytulnie, jak w domu. Mówią o tym także pacjenci i ich bliscy.
Sama przestrzeń sprzyja temu poczuciu – na ścianach wiszą obrazy, prace dzieci, wizerunki świętych. Panuje tu zupełnie inna atmosfera.
– To miejsce bardzo mnie poruszyło – mówi Asta. – Wiele osób mówi: „Znowu poniedziałek…”, jakby przed nimi był kolejny tydzień do przetrwania. A ja czekam na poniedziałek, na nowy tydzień. Idę do Hospicjum z poczuciem, że chcę tam być. Czekam na moment, kiedy przekroczę próg i spotkam się z podopiecznymi.
Podkreśla, że w Hospicjum każdy dzień niesie w sobie niepewność. Kiedy przychodzi do pracy, nie ma pewności, czy zobaczy osoby, z którymi żegnała się tydzień wcześniej. Ta świadomość zmienia sposób bycia.

– Tutaj nauczyłam się żegnać – mówi spokojnie. – Nie w sposób dramatyczny, nie z wielkimi słowami. Raczej z uważnością i szacunkiem. Z takim cichym towarzyszeniem do końca. Z wdzięcznością za to, że mogliśmy przez chwilę być razem i że ktoś pozwolił mi wejść w swój świat.
Psycholog z Hospicjum mówi wprost, że ta praca pozwala jej codziennie widzieć kruchość życia. Podkreśla, że żadne z miejsc, w których wcześniej pracowała, nie dało jej takiego doświadczenia – możliwości bycia świadkiem życia w tak intensywnym, prawdziwym wymiarze.
– W Hospicjum naprawdę jesteśmy świadkami życia – mówi Asta. – Uczymy się doceniać sam fakt, że oddychamy, że jesteśmy. Bliskość śmierci pokazuje, jak kruche jest życie. Jak bardzo nie mamy nad nim pełnej kontroli. Chorują ludzie młodzi i starsi. Obecność przy każdym z nich to wielki dar.
Zwraca uwagę, że pacjenci Hospicjum potrzebują czegoś więcej niż medycznych procedur. W porównaniu z innymi placówkami szczególnie ważne jest tu wsparcie emocjonalne – obecność, uważność, bycie naprawdę z drugim człowiekiem tu i teraz.
Asta pracuje nie tylko z pacjentami, ale także z ich bliskimi.

– Na Litwie wciąż bardzo boimy się rozmawiać o śmierci – mówi spokojnie. – Ale towarzyszyć w bólu tym, których bliski odchodzi, to także część mojej pracy. Czasem nie trzeba nic mówić. Wystarczy usiąść obok, wziąć za rękę, być w ciszy…
Zdarza się, że wsparcia potrzebuje także sam pacjent – by zdążyć coś uporządkować w sobie, wypowiedzieć niewypowiedziane słowa, przebaczyć, pogodzić się z chorobą, z bliskimi, z własnym losem.
– Pamiętam moje pierwsze dni pracy w Hospicjum, jak przywieziono nową pacjentkę – kobietę chorującą onkologicznie – opowiada Asta. – Była bardzo żywa, nie leżała w łóżku. Potrafiła sama przejść kilka kroków, czasem z balkonikiem, ale jednak. W porównaniu z innymi pacjentami miała w sobie dużo energii.
Pierwszego dnia Asta zazwyczaj nie rozpoczyna dłuższych rozmów. Daje czas, by oswoić się z miejscem, z ciszą, z nową sytuacją. Z tą kobietą zamieniła jednak kilka zdań. Umówiły się, że porozmawiają spokojnie następnego dnia. Pacjentka przyjęła to z radością. Powiedziała, że bardzo chce się spotkać.
– Drugiego dnia kilka razy zaglądałam do jej sali – wspomina Asta. – Wciąż byli przy niej bliscy. To jedni, to drudzy. I tak odkładałyśmy tę rozmowę aż nastał wieczór.
Wieczorem Asta zajrzała jeszcze do sali.
– Powiedziała mi wtedy: „Wiesz, Asta, dziś bardzo się zmęczyłam. Tyle było odwiedzin… Przyjdź proszę jutro.” Odpowiedziałam, że dobrze. Umówiłyśmy się na następny dzień.
Asta przyszła, tak jak obiecała.
– Pielęgniarka spojrzała na mnie i zapytała: „Co ty tu robisz? Dziś masz wolne” – wspomina. – Powiedziałam, że byłam umówiona z jedną z pacjentek na rozmowę. A ona odpowiedziała: „Jaką rozmowę? Ona w nocy zmarła.”
To był dla niej moment zatrzymania.
– Jeszcze wczoraj rozmawiałyśmy. Była zmęczona, ale obecna. A następnego dnia już jej nie było. Wtedy naprawdę dotarło do mnie, jak kruche jest życie.
Lekko zamyślona kobieta wyznaje, że świadomość własnej śmiertelności potrafi głęboko zmienić człowieka.
– Wielu z nas nosi w sobie pewien scenariusz – wyjaśnia Asta. – Rodzimy się, chodzimy do szkoły, kończymy studia, zakładamy rodzinę. Starzejemy się. Umierają nasi rodzice. Zostajemy dziadkami. I dopiero wtedy przychodzi nasza kolej. To daje nam poczucie porządku, bezpieczeństwa.”
Praca w Hospicjum pokazuje jednak, że to tylko wyobrażenie. Nikt nie ma obiecanej kolejności zdarzeń. Śmierć nie wpisuje się w nasze plany. Może przyjść wcześniej, niż się spodziewamy. Nie wybiera wieku, nie patrzy na pozycję, nie czeka na „właściwy moment”. Właśnie ta świadomość zmienia sposób patrzenia na życie.
– Kiedy naprawdę to pojmiesz, zaczynasz inaczej przeżywać każdy dzień – mówi Asta. – Inaczej patrzysz na spotkania. Wychodząc, obejmujesz drugiego człowieka, bo nie masz pewności, czy jeszcze go zobaczysz. Każda chwila przestaje być oczywista.

Przyznaje jednak, że w tej pracy są momenty szczególnie trudne.
– Najtrudniejsze jest poczucie bezradności – kontynuuje po chwili milczenia. – Kiedy widzisz, że ktoś cierpi, a wszystkie możliwe środki zostały już wykorzystane. Podano leki, zrobiono wszystko, co można było zrobić, a ból wciąż przeszywa ciało. Wtedy nie da się nic naprawić. Można tylko być. Wziąć za rękę. Usiąść obok. Hospicjum nauczyło mnie czegoś bardzo prostego, a zarazem najważniejszego – współczucia przeżywanego tu i teraz. To wielka lekcja i wielki dar.
Pomoc hospicjum w najtrudniejszych chwilach życia
Poważna choroba może dotknąć każdego z nas, w każdej chwili, druzgocąco uderzyć w nasze życie, plany i marzenia.
Ponad 260 fachowców i wolontariuszy z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie w każdej chwili towarzyszy tym, którzy walczą z nieuleczalną chorobą, doświadczają ogromnego bólu, lęku i niewiadomej.
Pomoc i opieka hospicyjna dla dorosłych i dzieci, w domu i na oddziale stacjonarnym, jest bezpłatna i dostępna 24 godziny na dobę.
Pomóż ciężko chorym! Przekaż 1,2% podatku na rzecz Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie!
Zrób to teraz!
Kto wie, może kiedyś też będziesz potrzebował pomocy?
Więcej informacji: https://bit.ly/KaipPadeti