„Odkąd pamiętam – Stefania zawsze pomagała innym. Nieraz kosztem własnego zdrowia. Niektóre ludzkie serca są po prostu stworzone do niesienia bezinteresownej pomocy…” – historia miłości i oddania znanego litewskiego łucznika
– Moją żonę Stefanię poznałem, kiedy pracowaliśmy w tej samej organizacji – opowiada Arvydas Bagarauskas, jeden z najznakomitszych litewskich łuczników. – Była bardzo piękna, urocza, serdeczna i niezwykle uporządkowana. Od razu bardzo się sobie spodobaliśmy i niedługo potem stanęliśmy razem przed ołtarzem.
Dopiero później Arvydas dowiedział się, że Stefania pochodzi ze starej i bardzo szanowanej rodziny, której historia sięga 1697 roku. W tamtym czasie młody mężczyzna studiował w Wileńskim Instytucie Pedagogicznym, natomiast Stefania była absolwentką Technikum Przemysłu Lekkiego.
– Urodziłem się w Szawlach. Próbowałem dostać się na psychologię na Uniwersytecie Wileńskim, ale się nie udało. Wkrótce potem zostałem powołany do armii radzieckiej – opowiada Arvydas.
Tam jednak los potoczył się dla niego dość pomyślnie.
– Ponieważ jeszcze przed pójściem do wojska miałem już tytuł mistrza sportu ZSRR w łucznictwie, skierowano mnie do służby w wojskowym batalionie sportowym w Rydze – kontynuuje. – Sama służba nie była szczególnie ciężka, ale treningi były bardzo intensywne. Później przez wiele lat byłem członkiem reprezentacji Litwy w łucznictwie i brałem udział w Spartakiadzie Narodów ZSRR.

Dziś sportowiec ma 72 lata, ale wciąż pozostaje aktywny.
– Strzelać z łuku zacząłem w 1968 roku i robię to do dziś – wyznaje. – Obecnie jestem najdłużej strzelającym z łuku zawodnikiem na Litwie. Nie porzucam ukochanego sportu – w soboty regularnie bierzemy udział w zawodach.
Arvydas nie zaprzecza, że są osoby starsze od niego, które również strzelają z łuku, podkreśla jednak, że nie zna nikogo, kto uprawiałby ten sport nieprzerwanie przez tak długi czas.
– Staram się, jak to się mówi, nie być typowym emerytem – śmieje się sportowiec. – Nie spędzam dni w fotelu z pilotem w ręku ani nie zaglądam bez przerwy do lodówki po „małe co nieco”. O, nie!
Arvydas nie tylko nadal strzela z łuku i bierze udział w zawodach, lecz także każdego dnia odwiedza swoją ukochaną żonę Stefanię, która obecnie przebywa w wileńskim Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki.
Ukochana żona
Mówiąc o żonie, Arvydas z trudem powstrzymuje wzruszenie.
– Stefania była jak Matka Teresa – mówi. – Miała w sobie niezwykłą, niemal bezgraniczną potrzebę pomagania innym.
Jak podkreśla Arvydas, jego żona troszczyła się o wszystkich wokół siebie – o bliskich, znajomych i współpracowników. Była zawsze w ruchu, gotowa pośpieszyć z pomocą, zrobić wszystko, co tylko było w jej mocy, by wesprzeć innych. Z czasem jednak ten nieustanny wysiłek i oddanie zaczęły nadwyrężać jej własne siły.
– Stefania była jedną z tych osób, które biorą na siebie zbyt wiele obowiązków i zbyt wiele trosk o innych – wspomina mężczyzna. – Niemal nieustannie brakowało jej snu. Spała może trzy, najwyżej cztery godziny na dobę, bo wciąż martwiła się, czy zdąży ze wszystkim, co sobie zaplanowała. Nawet gdy wracała z pracy niewyspana, od razu zabierała się za domowe obowiązki. Bardzo zależało jej na tym, aby dzieci były zadbane, czyste, dobrze ubrane i żeby zawsze czekał na nie ciepły posiłek.
Gdy ktoś z jej znajomych lub współpracowników zachorował, Stefania od razu starała się pomóc – podpowiadała, gdzie można się zgłosić, próbowała przyspieszyć wizytę u lekarza lub znaleźć miejsce w szpitalu. Zawsze robiła wszystko, co było w jej mocy.
Choć najczęściej te osoby miały własne rodziny i mogły liczyć na wsparcie bliskich, Stefania i tak natychmiast oferowała swoją pomoc. Taka już była – nie potrafiła przejść obojętnie obok czyjejś biedy i zawsze starała się zrobić wszystko, co mogła. Jak podkreśla Arvydas, jej pracowitość i zaangażowanie przejawiały się w każdej sferze życia.

– W naszym domu panował idealny porządek – wspomina Arvydas. – Wszystko zawsze czyste, wyprane, starannie wyprasowane. Mamy też domek letniskowy w rejonie molackim, więc można by pomyśleć, że jedzie się tam po prostu odpocząć – posiedzieć nad jeziorem, pójść do lasu po jagody albo grzyby. Ale dla Stefanii wypoczynek nad jeziorem wcale nie był najważniejszy! W domku nie było nawet drobinki kurzu – wszystko było nieskazitelnie czyste i starannie uporządkowane, nawet zasłony zawsze świeżo wyprane. O sobie nie wspomnę – wszystkie moje koszule Stefania sama prała i prasowała.
Arvydas z żalem przyznaje, że niezwykła pracowitość i surowe wymagania, jakie Stefania stawiała samej sobie, z czasem bardzo odbiły się na jej zdrowiu.
– Nie mogę sobie wybaczyć, że pozwoliłem żonie doprowadzić się do takiego wyczerpania, że jej organizm w końcu nie był w stanie tego unieść – wspomina Arvydas. – Ale nie potrafiłem jej zmienić. Ona po prostu nie umiała nic nie robić. Zawsze musiała być czymś zajęta, zawsze troszczyła się o innych – nieraz kosztem własnego zdrowia.
Pierwsze oznaki choroby
Choroba przyszła niemal niezauważenie.
– Żona zachorowała na chorobę Parkinsona – opowiada Arvydas. – To choroba, która pojawia się wtedy, gdy organizm przez długi czas jest nadmiernie przeciążony, zwłaszcza jeśli wyczerpany zostaje układ nerwowy. Nie przychodzi nagle – rozwija się powoli, niemal niepostrzeżenie. Stefania latami żyła w ogromnym napięciu i ciągłym wysiłku. W końcu jej organizm, układ nerwowy i całe ciało nie były w stanie tego udźwignąć.
Dziś, z perspektywy czasu, mężczyzna dobrze pamięta, kiedy pojawiły się pierwsze symptomy choroby.
– Na początku choroba Stefanii objawiała się większą nerwowością, bo zawsze chciała zrobić więcej, niż była w stanie – wspomina Arvydas. – A kiedy czegoś nie mogła doprowadzić do końca, bardzo się tym przejmowała. Była przyzwyczajona, że jeśli się czegoś podejmuje, musi to dokończyć. Gdy zaczynało jej brakować sił albo coś się nie udawało, bardzo się denerwowała.
Jak dodaje sportowiec, z czasem jego małżonka zaczęła miewać coraz większe problemy ze snem.

– Jak już mówiłem, spała może trzy godziny, najwyżej cztery, bo cały czas martwiła się, czy zdąży ze wszystkim, co sobie zaplanowała. Czy taki sen wystarcza, żeby organizm się zregenerował? Przecież to było zwyczajne wyniszczanie samej siebie!
Kiedy stan zdrowia kobiety zaczął się pogarszać, Arvydas poprosił ją, żeby poszła do lekarza – i rzeczywiście to zrobiła.
– Ale to właściwie nic nie zmieniło – dodaje. – Przepisano jej jakieś suplementy i na tym się skończyło… I to miało być leczenie!
Niepokojący zwrot w chorobie
Wkrótce okazało się, że dotychczasowe leczenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów, a stan kobiety zaczyna się wyraźnie pogarszać. Trafiła do szpitala.
– Na początku wszystko wydawało się w porządku, ale pewnego dnia ze szpitala zadzwoniono do nas z informacją, że Stefanię trzeba pilnie przewieźć do głównego szpitala w Santaryszkach – wspomina Arvydas. – Nie bardzo było wiadomo, skąd taki pośpiech, jednak lekarze najwyraźniej dostrzegli coś, co wymagało natychmiastowej interwencji.
Po przetransportowaniu kobiety do Santaryszek zaczęto mówić o potrzebie dalszego leczenia w ośrodku rehabilitacyjnym, a nawet o umieszczeniu jej w domu opieki.
– Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki – mówi Arvydas. – Moi krewni wcześniej oddali tam swoją mamę i mówili, że opieka w tym miejscu jest wyjątkowa.
Arvydas nie zwlekał – od razu zadzwonił do hospicjum. Usłyszał, że właśnie zwolniło się jedno miejsce i Stefania może zostać przyjęta.
– Ale właśnie wtedy, jak na złość, porozmawiałem z kilkoma „wszystkowiedzącymi” osobami, które zaczęły mnie przekonywać, żebym nie oddawał żony do hospicjum, bo jeszcze za wcześnie – kontynuuje Arvydas lekko poddenerwowany. – Ponieważ sam w tamtym czasie niewiele o nim wiedziałem, ich słowa bardzo mnie zaniepokoiły i wpłynęły na moją decyzję. W końcu zadzwoniłem do hospicjum i powiedziałem, że na razie Stefania zostanie w domu.

Pracownica hospicjum była wtedy wyraźnie zaskoczona – dziś Arvydas rozumie, dlaczego.
– Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak trudno dostać się do hospicjum – wspomina mężczyzna. – Liczba miejsc jest tam bardzo ograniczona. Otrzymałem taką wyjątkową szansę, a jednak z niej nie skorzystałem.
Posłuchałaem rad innych ludzi, postanowił wtedy spróbować umieścić żonę w innej placówce opiekuńczej i tam ją przewiózł. Szybko się jednak tym miejscem rozczarował. W końcu zdecydował się zabrać Stefanię z powrotem i ponownie poprosić o przyjęcie jej do hospicjum.
– Zadzwoniłem do hospicjum jeszcze raz – mówi dalej. – Przyznałem wtedy, że po naszej pierwszej rozmowie dałem się zwieść i dlatego nie przywiozłem tam żony. Niestety usłyszałem, że miejsc już nie ma – wszystkie łóżka były zajęte. Bardzo mnie to zmartwiło. Opieka nad chorą osobą w domu jest niezwykle trudna, a ja nie miałem ani odpowiedniej wiedzy, ani przygotowania.
Niespodziewanie po kilku dniach zadzwoniła do niego pracownica hospicjum z wiadomością, że właśnie zwolniło się jedno miejsce.
– Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko – westchnął Arvydas. – Przyjechaliśmy od razu i Stefanię przyjęto już na miejsce.
Inny wymiar opieki
Sportowiec nie kryje zdumienia, że w rzeczywistości hospicjum okazało się zupełnym przeciwieństwem tego, co wcześniej widział w szpitalach.
– Zaskoczyła mnie ogromna troska personelu o pacjentów i doskonała organizacja nawet w najdrobniejszych sprawach – mówi. – W hospicjum chorzy otrzymują trzy posiłki dziennie, a jedzenie jest naprawdę bardzo dobre – nieporównywalne wręcz z tym, co podaje się w wielu szpitalach.
Mężczyzna od razu zwrócił uwagę na kilka rzeczy: w hospicjum panowała niezwykła czystość, często zmieniano pościel, pacjentami opiekowała się psycholożka, w kaplicy regularnie odprawiano msze święte, chorych odwiedzali wolontariusze. Takie formy wsparcia rzadko się spotyka w innych placówkach. Co więcej – wszystko to było dostępne bezpłatnie. Szczególne wrażenie zrobił na nim zespół pracowników hospicjum.

– Pracownicy hospicjum byli dla mnie prawdziwym odkryciem – wspomina Arvydas. – Rzadko spotyka się ludzi tak oddanych i życzliwych. Zespół jest świetnie dobrany i z ogromną rzetelnością wykonuje swoją pracę. Przychodzę do Stefanii, patrzę – jest starannie uczesana, ma umytą głowę, związane włosy, obcięte paznokcie… Słowem, nie przypuszczałem nawet, że taka opieka w ogóle jest możliwa.
Jak zauważa, o taki porządek i najmniejsze gesty opieki trzeba dbać każdego dnia.
– Przychodzę odwiedzić Stefanię, a pielęgniarka mówi do mnie: „Proszę na chwilę wyjść, zaraz zmienimy pieluchę”. Wracam po kilkunastu minutach i widzę, że wszystko jest już zrobione – pościel zmieniona, żona zadbana, uczesana.
Te sceny przywodzą Arvydasowi na myśl jego sowiecką przeszłość i szpitale z tamtych lat.
– Wychowałem się w czasach sowieckich, dlatego miałem zupełnie inne doświadczenia z medycyną i z tym, jak wyglądały szpitale – opowiada mężczyzna. – To, co widzę dziś w hospicjum, w porównaniu z tamtymi realiami jest jak dzień i noc. Nie przypuszczałem nawet, że taka opieka jest możliwa. Trudno było mi w to uwierzyć.
Arvydas przyznaje, że opieka hospicjum okazała się wsparciem nie tylko dla Stefanii, ale również dla niego.
– Proszę sobie wyobrazić, w jakiej byłbym sytuacji, gdyby Stefania była teraz w domu – mówi mężczyzna, wyraźnie poruszony. – Co miałbym zrobić, jak miałbym się nią zająć? Musiałbym trzy czy cztery razy dziennie przygotowywać jej specjalne posiłki, karmić ją, zmieniać pieluchy, pomagać w kąpieli… Mam już 72 lata. Najzwyczajniej nie dałbym rady fizycznie. Dlatego tak bardzo to wszystko doceniam.
Mimo znakomitej opieki w hospicjum Arvydas nie opuszcza ani jednego dnia bez odwiedzin u ukochanej.
– Do żony w hospicjum przychodzę codziennie, choć wciąż jeszcze pracuję – opowiada Arvydas. – Sam ją karmię i staram się przy niej pomagać na tyle, na ile potrafię. Nie dlatego, że nie ufam personelowi, ale dlatego, że chcę być przy niej i dbać o nią ile jestem w stanie.
Arvydas odwiedza hospicjum codziennie i, jak mówi, robi to z chęcią.
– Cały zespół hospicjum już dobrze mnie zna – uśmiecha się. – Z czasem nawiązały się między nami naprawdę szczególne relacje. Nie tylko ja im dziękuję, ale oni dziękują także mnie. Mówią: „Dziękujemy, że pan przychodzi i pomaga nakarmić panią Stefanię”. A ja odpowiadam: „Za co mi dziękować? Przecież to moja żona”.

Zapytany o to, czy hospicjum jest w Litwie potrzebne, Arvydas reaguje z wyraźnym zdziwieniem.
– Opieka hospicyjna i pomoc w sytuacji, gdy w domu jest ciężko chora osoba, są naprawdę nie do przecenienia – mówi mężczyzna. – Nie wiem, jak działają inne hospicja ani czy w innych miastach Litwy są podobne miejsca, ale to, co w Wilnie robi hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki, jest prawdziwym cudem.
Jak mówi Arvydas, choroba nie wybiera – nie patrzy ani na narodowość, ani na wiek, ani na płeć. Potrafi uderzyć nagle, w człowieka albo w jego najbliższych, pozostawiając poczucie bezradności i niepewności. W takich chwilach człowiek chwyta się każdego koła ratunkowego, każdej nadziei.
Dlatego – podkreśla – gdy nagle pojawia się tak wielka i profesjonalna pomoc, można to uznać za prawdziwy cud.
Arvydas wciąż bardzo kocha swoją żonę. I dodaje, że gdyby los jeszcze raz postawił go przed wyborem życiowej partnerki, bez wahania byłaby nią Stefania.
– Dziś na pewno nie pozwoliłbym Stefanii tak się wyczerpywać – mówi. – Troszczyła się o wszystkich wokół, tylko nie o siebie, aż w końcu doprowadziła się do całkowitego wyczerpania i choroby. Rozumiem, że niektóre ludzkie serca są po prostu stworzone do niesienia bezinteresownej pomocy. Ale czasem cena takiego poświęcenia bywa bardzo wysoka – i niesprawiedliwa.
Pomoc hospicjum w najtrudniejszych chwilach życia
Ponad 260 specjalistów i wolontariuszy Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie każdego dnia towarzyszy osobom zmagającym się z ciężką chorobą, a w konsekwencji również z bólem, lękiem i niepewnością.
Opieka hospicjum – zarówno w domu pacjenta, jak i w oddziale stacjonarnym – jest bezpłatna i dostępna przez całą dobę, dla dorosłych i dzieci.
Wesprzyj osoby ciężko chore i przekaż 1,2% podatku dochodowego na Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie.
Więcej informacji: https://bit.ly/KaipPadeti