Hospicjum to troskliwa opieka nad osobami dotkniętymi nieuleczalnymi chorobami, którym szpital nie jest już w stanie pomóc

Znany litewski skrzypek o trudnościach, związanych z opieką nad ciężko chorymi bliskimi

Tata nagle osunął się na podłogę, a ja nie potrafiłem go podnieść… Przyniosłem deskorolkę po dzieciach, położyłem go na niej i centymetr po centymetrze ciągnąłem w stronę łóżka” – jedno z najtrudniejszych doświadczeń wspomina znany litewski skrzypek Zbigniew Lewicki.

– Urodziłem się w 1965 roku w rodzinie nauczycieli – mówi Zbigniew Lewicki, znany litewski skrzypek, koncertmistrz orkiestry i solista. – Od dziecka byłem otoczony miłością i troską. Rodzice mieli na mnie ogromny wpływ i być może właśnie dlatego moje życie potoczyło się tak, że ostatecznie poświęciłem je muzyce.

Jak opowiada maestro, jego ojciec od młodości grał na organach, a mama ukończyła szkołę pedagogiczną i pracowała jako nauczycielka w klasach początkowych. W czasach sowieckich ojciec, który grał na organach w kościołach, znalazł się pod naciskiem służb bezpieczeństwa. Próbowano zmusić go do współpracy i zbierania informacji o księżach. Stanowczo odmówił. W rezultacie musiał zrezygnować z posługi organisty. Aby utrzymać rodzinę, podjął pracę w szkole – zaczął uczyć muzyki, a także innych przedmiotów.

– Kiedy się urodziłem, moi rodzice pracowali z przydziału w Daukszach, w szkole podstawowej w Tarakańcach – opowiada maestro Zbigniew Lewicki. – Przydzielono im maleńki pokoik w budynku szkoły. W tamtych czasach nie było urlopów macierzyńskich, więc kiedy mama szła prowadzić lekcje, często musiała zostawiać mnie samego.

Rodzice Zbigniewa Lewickiego

Rodzice przyszłego koncertmistrza potajemnie wzięli ślub w kościele.

– W tamtych czasach było to zabronione, a nawet uznawane za coś „niemoralnego” – mówi Zbigniew Lewicki. – Rodzice ryzykowali swoją zawodową przyszłością ze względu na wiarę. Bardzo zależało im na tym, żeby wychować nas – mnie i mojego brata – w duchu katolickim.

Rodzina nauczycielska żyła bardzo skromnie, zdarzało się, że w domu brakowało nawet jedzenia. Nigdy jednak nie brakowało w niej wzajemnej miłości ani muzyki.

– Później ojciec pracował w szkołach w Duksztach, Niemenczynie i Płaciniszkach – kontynuuje maestro. – Kiedy w latach siedemdziesiątych nacisk na religię na Litwie nieco osłabł, mógł wrócić do gry na organach. Posługiwał jako organista w Szumsku, Turgielach, Bujwidzach, Trokach, a później także w Wilnie, w kościele pw. Świętego Ducha.

Jak podkreśla maestro, zamiłowanie do muzyki w ich rodzinie sięga wielu pokoleń wstecz.

– Pamiętam, że dziadek sprzedał dwie krowy, żeby kupić mojemu ojcu pianino, aby mógł uczyć się gry na organach – wspomina skrzypek Zbigniew Lewicki. – To były bardzo trudne czasy, dlatego taki gest znaczył naprawdę wiele. Dziadek wierzył w muzyczny talent ojca, a ojciec z kolei starał się tę miłość do muzyki zaszczepić również we mnie.

Mały Zbigniew z Tatą

Maestro do dziś pamięta scenę z dzieciństwa, kiedy idąc pewnego dnia z rodzicami ulicą w witrynie jednego ze sklepów zobaczył wystawione na sprzedaż skrzypce.

– Pamiętam, że zacząłem płakać i prosić rodziców, żeby kupili mi te skrzypce – uśmiecha się muzyk. – To był bardzo spontaniczny odruch, ale pokazał, jak bardzo pragnąłem muzyki.

Kiedy trochę opanował już grę na skrzypcach, często chodził z ojcem w jedno szczególne miejsce – na niewielkie wzgórze nad jeziorem Belmont. Siadali tam pod wiśnią: on grał na skrzypcach, a ojciec akompaniował mu na akordeonie. Ich wspólne muzykowanie przyciągało wielu słuchaczy – z pobliskich domów wychodzili ludzie, stawali w swoich ogrodach i w ciszy przysłuchiwali się muzyce.

– Było tam znakomite echo – dźwięk niósł się bardzo daleko, aż do Wilenki i Markuć – wspomina Lewicki. – Kiedy mój młodszy brat trochę podrósł, rodzice postanowili, że – podobnie jak ja – także zacznie uczyć się muzyki. Na początku grał na skrzypcach, później jednak wybrał organy i ukończył tę specjalność u profesora Leopoldasa Digrysa. Został organistą, a później wstąpił na drogę kapłaństwa. Można więc powiedzieć, że nie tylko ja, ale właściwie cała nasza rodzina była bardzo muzykalna.

Brat Zbigniewa z Tatą

Jak opowiada maestro, nawet po udarze jego ojciec nie rozstał się z muzyką. Ćwiczył rękę i grał tak długo, jak tylko pozwalały mu na to siły, kończąc swoją drogę organisty w kościele św. Bartłomieja na Zarzeczu w Wilnie. Muzyczna i duchowa tradycja była w rodzinie bardzo silna – młodszy brat Zbigniewa został później księdzem franciszkaninem i dziś posługuje w klasztorze w Kłajpedzie. Również mama skrzypka po przejściu na emeryturę spełniła swoje marzenie: nauczyła się grać na organach i przez pewien czas grała w kościołach. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości oboje rodziców ukończyli kursy katechetyczne i nawet będąc już na emeryturze, pracowali jako nauczyciele religii.

– Do dziś zdarza mi się spotykać ich dawnych uczniów – przyznaje. – Ponieważ jestem osobą rozpoznawalną, często mnie zaczepiają i pytają, co słychać u rodziców. Wspominają ich jako ludzi szlachetnych, bardzo tolerancyjnych i głęboko duchowych. Myślę więc, że miałem w życiu ogromne szczęście.

Zbigniew – Pierwsze Skrzypce Litewskiej Państwowej Orkiestry Symfonicznej

Gdy choroba weszła do domu

– W pewnym momencie zauważyliśmy, że mama podupadła na zdrowiu – wspomina znany skrzypek. – Największą opieką otaczał ją wtedy tata. Z wielkim oddaniem był przy niej w tym trudnym czasie, troszczył się o nią i towarzyszył jej wszędzie, gdzie tylko było to możliwe.

W tym czasie muzyk mieszkał już osobno, z żoną i dziećmi, jednak starał się jak najczęściej odwiedzać matkę. W końcu lekarze postawili diagnozę – Alzheimer. Dla całej rodziny była to bardzo trudna wiadomość – wszyscy zdawali sobie sprawę, że to choroba długa i wyniszczająca. Mama poruszała się coraz wolniej, jej reakcje stawały się opóźnione, a najprostsze codzienne czynności sprawiały jej coraz większą trudność. Stan zdrowia stopniowo się pogarszał, aż w końcu nie była już w stanie samodzielnie wstawać z łóżka.

– Przez dwa lata mama była przykuta do łóżka – wspomina muzyk. – W tym czasie tata, jako oddany mąż i najbliższa jej osoba, troskliwie się nią opiekował. Karmił ją, przewracał, żeby nie powstawały odleżyny, dbał o wszystko wokół niej. Ja również, kiedy tylko mogłem, odwiedzałem ją. Zazwyczaj przynosiłem jej kwiaty, dlatego zawsze była nimi otoczona.

Po śmierci mamy ojciec skrzypka został sam w swoim mieszkaniu.

Tato Pana Zbigniewa

– Już w ostatnich latach życia mamy zacząłem zastanawiać się, jak mógłbym zabrać rodziców do siebie, żeby łatwiej było się nimi opiekować – opowiada Lewicki. – Wtedy podjąłem decyzję, że dobuduję przy swoim domu osobne pomieszczenia, tak aby mogli tam zamieszkać.

Maestro przyznaje, że nie zdążył zrealizować tego planu w ostatnich latach życia mamy. Dopiero gdy ojciec został sam, w pełni uświadomił sobie, jak dotkliwym doświadczeniem potrafi być samotność. Wtedy postanowił nie odkładać już tej decyzji. Zajął się budową i w ciągu roku do domu dobudował osobną część, przygotowaną tak, aby ojciec mógł w niej spokojnie zamieszkać.

– To była naprawdę dobra decyzja – mówi Zbigniew Lewicki. – W pewnym sensie odmieniła codzienność nas obu. Życie moje i taty stało się dzięki temu pełniejsze, bardziej różnorodne, jakby nabrało nowego sensu i rytmu. Było jednak jeszcze coś, co szczególnie nas łączyło – modlitwa. Moi rodzice byli ludźmi głęboko wierzącymi i znaczną część swojego czasu poświęcali modlitwie, pamiętając w niej nie tylko o sobie i swoich najbliższych, lecz także o innych ludziach, o całym świecie. Zawsze bardzo mnie to poruszało. Z czasem sam zacząłem coraz częściej się modlić. Modlitwa powoli stała się również stałą częścią mojego życia.

Ogromną radością dla nich obu był moment, gdy spełniła się jedna z ich modlitw i ojciec doczekał swoich dziewięćdziesiątych urodzin. Niedługo jednak po tym pięknym jubileuszu jego zdrowie zaczęło się wyraźnie pogarszać. Z dnia na dzień słabł na oczach.

– Często musieliśmy wozić go do szpitala na leczenie i różne badania – wspomina maestro. – Spędzał tam jakiś czas, trochę dochodził do siebie, wracał do domu, ale na krótko… Po pewnym czasie znów konieczna była pomoc lekarzy.

W pewnym momencie u mężczyzny rozwinęło się nawet zakażenie krwi. Był to bardzo poważny moment w jego chorobie, jednak dzięki starannej opiece lekarzy udało się przezwyciężyć także to zagrożenie. Przebywał w szpitalu tak długo, jak tego wymagał jego stan zdrowia, lecz ostatecznie lekarze uznali, że dalsza hospitalizacja nie jest już konieczna i zdecydowali o jego powrocie do domu.

Pan Zbigniew z Tatą

Kiedy opieka staje się codziennością

– Kiedy przywieźliśmy tatę do domu, przez dwa tygodnie sam się nim opiekowałem – wspomina Lewicki. – Dopiero wtedy zobaczyłem, jak trudna i odpowiedzialna jest to praca i jak wiele wiedzy oraz doświadczenia potrzeba, żeby naprawdę dobrze się zaopiekować chorą osobą.

Choć skrzypek robił wszystko, by jak najlepiej zająć się ojcem, pewnego dnia doszło do niepokojącej sytuacji. Mężczyzna postanowił sam pójść do toalety, jednak zabrakło mu już sił, by wrócić do pokoju.

– Tata nagle osunął się na podłogę, a ja nie potrafiłem go podnieść – wspomina Lewicki. – Zwyczajnie brakowało mi sił. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc.

W końcu przyniósł deskorolkę po dzieciach, wsunął ją pod ojca i centymetr po centymetrze przeciągnął go aż do łóżka.

– Jednak żeby położyć tatę na łóżku, nie miałem już siły – przyznaje muzyk. – Musiałem poczekać do wieczora i poprosić o pomoc syna. Dopiero razem udało nam się przenieść go na łóżko.

Jak przyznaje maestro, patrząc na cierpienie ojca coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że w razie poważnego pogorszenia jego stanu zdrowia nie będzie w stanie zapewnić mu odpowiedniej pomocy. Brakowało mu zarówno specjalistycznej wiedzy, jak i fizycznych sił potrzebnych do tak wymagającej opieki.

– W tamtym czasie wiedziałem już o hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki – wspomina muzyk. – Brałem nawet udział w koncercie charytatywnym, z którego dochód był przeznaczony na jego wsparcie. Właśnie wtedy poznałem też dyrektor hospicjum siostrę Michaelę.

Koncert chatytaywny Cztery Pory Roku i Ava Maria

Maestro poprosił o przyjęcie jego ojca do hospicjum.

– Gdy tylko pojawiła się taka możliwość, od razu przewiozłem tatę do hospicjum – wspomina. – Wiedziałem, że nie znajdę dla niego lepszego miejsca, gdzie mógłby otrzymać taką opiekę. To była naprawdę dobra decyzja, bo wszystko w hospicjum – atmosfera, sposób organizacji pracy, podejście ludzi – służy temu, żeby pacjenci mieli jak najlepszą opiekę.

Po przyjęciu mężczyzny do hospicjum szybko okazało się, że wymaga on stałej, bardzo uważnej opieki oraz specjalistycznego leczenia. Rany goiły się powoli, konieczne były nawet zabiegi chirurgiczne, a także różne formy rehabilitacji i ćwiczeń.

– Muszę przyznać, że zarówno dla mojego taty, jak i dla mnie bardzo ważne było to, że w hospicjum mógł otrzymać nie tylko pomoc medyczną, ale także wsparcie duchowe – opowiada Zbigniew Lewicki. – W niedziele tata uczestniczył we Mszy Świętej odprawianej w hospicyjnej kaplicy. A kiedy brakowało mu sił, by tam pójść, kapłan przychodził do jego sali z Najświętszym Sakramentem. Proszę mi wierzyć – dla człowieka głęboko wierzącego to naprawdę wielki dar.

Jak wspomina, także atmosfera samego miejsca pomagała jego ojcu zachować wewnętrzny spokój.

W hospicjum po Mszy Świetej

– Tata umacniał swojego ducha nie tylko uczestnictwem we Mszy Świętej – kontynuuje maestro. – Każdy, kto był w hospicjum, na pewno zauważył liczne obrazy świętych i katolickie symbole obecne w tym miejscu. Dla mnie ten widok zawsze budzi poczucie autentycznej wiary i głębokiego oddania Bogu.

Po pewnym czasie ojciec Zbigniewa Lewickiego w hospicjum odszedł do wieczności. Jednak znany skrzypek do dziś mówi o hospicjum z wielkim szacunkiem i wdzięcznością.

– Oczywiście wszyscy kiedyś umrzemy – tego nikt nie uniknie – dzieli się refleksją Lewicki.

Jak podkreśla, wielu ludzi odchodzi jednak z powodu chorób nieuleczalnych i w ostatnim okresie życia doświadcza ogromnego cierpienia. W takich chwilach człowiek często staje się zupełnie bezradny – przestaje panować nad własnym ciałem i nie jest już w stanie decydować o sobie.

– Nie mówię już nawet o godnej śmierci, na którą przecież każdy człowiek zasługuje – dodaje.

Zdaniem skrzypka wielu ciężko chorych ludzi wciąż nie otrzymuje potrzebnej, profesjonalnej opieki medycznej i wsparcia. Często odchodzą w bólu i poczuciu bezradności, a ich bliscy nie są w stanie im pomóc, bo brakuje im zarówno odpowiednich możliwości, jak i przygotowania. Właśnie w takich sytuacjach – podkreśla skrzypek – hospicjum staje się miejscem, w którym człowiek może otrzymać troskliwą opiekę i wszelką możliwą pomoc aż do ostatnich chwil życia.

– Z ogromnym szacunkiem myślę o tych wspaniałych ludziach, którzy pracują w hospicjum – mówi poruszony Lewicki. – Pomogli mi w chwili, gdy sam nie miałem ani odpowiednich warunków, ani wiedzy, by właściwie opiekować się ciężko chorym ojcem. Opieka hospicyjna jest potrzebna nie tylko ze względów medycznych – to także pomoc niezwykle szlachetna, pełna człowieczeństwa i prawdziwej troski o drugiego człowieka.

Formy pomocy hospicjum: 

Hospicjum stacjonarne

Hospicjum domowe

Hospicjum dziecięce
Nieodpłatna wypożyczalnia sprzętu