„Po tym, jak sama przeszłam przez tak ciężką chorobę, wiedziałam jedno: nikomu nie życzyłabym takiego doświadczenia. Dlatego chciałam choć trochę pomóc tym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji” – mówi Alina, kucharka w hospicjum.
– Urodziłam się w wielodzietnej rodzinie. Było nas pięcioro – cztery siostry i brat – opowiada wilnianka Alina. – Tata zajmował się naprawą samochodów, a mama przez długi czas nie pracowała zawodowo. Poświęcała się wychowywaniu dzieci i prowadzeniu domu.
Siedmioosobowa rodzina mieszkała w niewielkim, zaledwie dwudziestometrowym mieszkaniu. Miejsca było niewiele, ale – jak wspomina Alina – w domu nie brakowało ciepła ani radości. Choć warunki były skromne, codzienność wypełniały bliskość, wspólne chwile i poczucie bezpieczeństwa. Dziś, kiedy wraca myślami do tamtych lat, mówi o swoim dzieciństwie z dużą czułością. W pamięci pozostało przede wszystkim poczucie rodzinnej więzi i zwyczajnego domowego szczęścia, które nie zależało od wielkości mieszkania ani od materialnego dostatku
Niestety, rodzinne szczęście nie trwało długo. Ojciec Aliny, będący wówczas w pełni sił, w wieku zaledwie trzydziestu siedmiu lat poważnie zachorował, a niedługo potem stał się osobą niepełnosprawną. Od tej chwili cały ciężar utrzymania domu spoczął na barkach mamy. To ona musiała zatroszczyć się zarówno o codzienne funkcjonowanie rodziny, jak i o utrzymanie pięciorga dzieci, stając się jedyną osobą, która zarabiała na ich życie. W trudnych momentach rodzina nie była jednak zupełnie sama. Dużym wsparciem okazała się babcia oraz krewni mieszkający w rejonie wileńskim, u których dzieci często znajdowały pomoc i życzliwość. W końcu zapadła decyzja, że rodzeństwo rozpocznie naukę w szkole z internatem w Kownie – w Wilnie nie było już dla nich miejsc. Oznaczało to rozłąkę z domem i mamą, jednak Alina nie wspomina tego czasu z goryczą.
– Byliśmy daleko od domu, ale żyliśmy bardzo zgodnie – wspomina. – W internacie panowała dobra atmosfera, dzieci wspierały się nawzajem, więc jakoś sobie radziliśmy.
Po ukończeniu szkoły rodzeństwo wróciło do Wilna, do mamy. Tam zaczęli stopniowo budować własne życie. Powoli pojawiały się pierwsze plany, decyzje, próby samodzielności. Marzenia Aliny były wtedy bardzo proste i skromne.
– W dzieciństwie marzyłam, żeby zostać sprzedawczynią – wspomina Alina z uśmiechem. – Dlatego po szkole zapisałam się do technikum handlowego. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie jest droga dla mnie. Nie potrafiłam się tam odnaleźć, więc postanowiłam przerwać naukę.
Niedługo później zaczęła pracować jako szwaczka. Zawód ten stał się jej codziennością na długie lata.
– W tej branży przepracowałam prawie dwadzieścia lat – opowiada. – Z czasem zdobywałam coraz więcej doświadczenia, a wraz z nim także większą odpowiedzialność. Zaczynałam jako szwaczka, a później zostałam mistrzynią w dziale produkcji.

W tamtym okresie w jej życiu wydarzyło się wiele ważnych rzeczy. Alina założyła rodzinę, urodziła córkę, a trzynaście lat później na świat przyszedł także jej syn. Dom, dzieci i codzienne obowiązki stopniowo wypełniały jej życie. Po latach zaczęła jednak odczuwać, że praca przy szyciu przestaje dawać jej satysfakcję.
– W pewnym momencie szycie przestało mnie już interesować – wspomina. – Poczułam, że chciałabym spróbować czegoś innego.
Postanowiła więc coś zmienić i zaczęła pracować w restauracji jako kucharka. Jak sama przyznaje, bardzo szybko odnalazła się w nowym środowisku.
– Ta praca naprawdę mi się spodobała – mówi. – Chętnie się uczyłam, a wokół było wielu dobrych ludzi, od których mogłam się wiele nauczyć. Miałam naprawdę świetnych nauczycieli.
Praca w restauracji przynosiła jej satysfakcję i poczucie rozwoju. Wszystko układało się pomyślnie – aż do momentu, gdy w jej życiu pojawiła się… choroba.
Kiedy przychodzi pożegnanie
– Śmierć mamy bardzo mną wstrząsnęła – mówi Alina, nie kryjąc wzruszenia. – Przeżyłam ogromny stres. Już następnego dnia po pogrzebie poczułam się bardzo źle.

Osłabienie było tak silne, że nie miała siły wstać z łóżka. Przestała jeść, a jej stan z dnia na dzień budził coraz większy niepokój bliskich. Rodzina bardzo się przestraszyła i wezwała pogotowie. Lekarze jednak nie zabrali jej do szpitala – poradzili, aby zgłosiła się do przychodni.
– W poliklinice lekarz położył mnie na stole w gabinecie gastroenterologicznym i właściwie od razu postawił diagnozę – wspomina Alina. – Rak żołądka, trzecie stadium. Przyjęłam to dość spokojnie, ale wiadomość o ciężkiej chorobie bardzo wstrząsnęła moimi dziećmi. Strasznie się o mnie bały.
Jak opowiada, jej stan zdrowia z czasem zaczął się coraz bardziej pogarszać. Lekarze zdecydowali się zastosować bardzo silną chemioterapię. Alina przeszła aż sześć jej cykli. Był to trudny i wyczerpujący etap leczenia, jednak mimo wysiłków lekarzy terapia nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. W końcu zapadła decyzja o przeprowadzeniu skomplikowanej operacji żołądka.
– Tydzień po operacji pojawił się kolejny poważny problem – wspomina Alina. – Dostałam tętniaka w głowie i zapadłam w śpiączkę. Na szczęście lekarzom udało się mnie uratować. Zrobili wszystko, żeby mnie ocalić.
Powrót do zdrowia nie nastąpił od razu. Jak mówi, był to długi i wymagający proces.
– Powoli, małymi krokami zaczęłam dochodzić do siebie – opowiada. – A po wyjściu ze szpitala czekała mnie jeszcze rehabilitacja.
Dzięki zaangażowaniu i wysiłkowi doświadczonych lekarzy Alinę udało się uratować i odsunąć groźbę najgorszego. Choroba pozostawiła wprawdzie pewne ślady, jednak – jak sama podkreśla – są one niewielkie w porównaniu z tym, przez co przyszło jej przejść.
– Pewien problem z żołądkiem pozostał – opowiada Alina. – Mam bardzo dużą kwasowość, dlatego muszę regularnie przyjmować leki. Na szczęście mam bardzo dobrą lekarkę, która troskliwie się mną opiekuje i pilnuje mojego leczenia.

Dziś mówi o tym z wdzięcznością i spokojem.
– Od ośmiu lat nie mam już tej strasznej choroby – dodaje. – Cieszę się życiem, cieszę się swoimi dziećmi i tym, że wciąż mogę im pomagać.
Tam, gdzie rodzi się chęć pomagania
– W czasie swojej choroby dowiedziałam się o hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie, które pomaga takim pacjentom jak ja – opowiada Alina. – Po tym, jak sama przeszłam przez tak ciężką chorobę, wiedziałam jedno: nikomu nie życzyłabym takiego doświadczenia. Dlatego chciałam choć trochę pomóc tym, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji – zrobić dla nich coś dobrego, okazać wsparcie, być im do czegoś potrzebna.
Kiedy zobaczyła ogłoszenie o pracy w hospicjum, od razu poczuła, że to może być miejsce dla niej. Jak wspomina, już pierwsza wizyta zrobiła na niej bardzo silne wrażenie.
– Miałam poczucie, jakbym weszła do miejsca bardzo wyjątkowego, niemal świętego – mówi. – Tego nie da się tak po prostu opisać. To było niezwykle przyjemne uczucie spokoju. Zachwycił mnie też ogród – cichy, piękny, pełen kwiatów. W hospicjum panuje atmosfera ciszy i jakiejś szczególnej lekkości. Ludzie się tam uśmiechają…
Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że chciałaby być częścią tego miejsca i pomagać w sposób, który jest jej najbliższy – poprzez codzienne, proste gesty troski o innych. A ponieważ, jak sama przyznaje, gotowanie sprawiało jej wielką radość, właśnie kuchnia stała się przestrzenią, w której może najlepiej okazywać ludziom swoją życzliwość i wsparcie.
Staram się, żeby nasi pacjenci czuli się tutaj jak w domu i żeby jedzenie naprawdę im smakowało – mówi Alina. – Kiedy człowiek może zjeść coś, co przypomina dom, choćby naleśnika czy kawałek chleba, od razu pojawia się inne uczucie. To daje nadzieję, że życie wciąż trwa, że ktoś się o ciebie troszczy, że jesteś potrzebny i że nie zostałeś sam ze swoją chorobą i nieszczęściem.

Jak przyznaje, praca w hospicjum przyniosła jej także wiele nowych doświadczeń i spotkań.
– Poznałam tu wielu wolontariuszy, którzy poświęcają swój czas służbie i pomocy pacjentom – opowiada. – Zdarzało się też, że sama mogłam podzielić się swoim doświadczeniem walki z chorobą. Rozmawiałam z wolontariuszami, których bliscy zmagają się z chorobą onkologiczną. Czasem wystarczy kilka słów, zwyczajna rozmowa, możliwość opowiedzenia o tym, co się przeżyło.
Jak podkreśla, takie spotkania wzmacniają wszystkich, którzy w nich uczestniczą.
– W takich chwilach czujemy, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni – mówi. – Czasem wystarczy dobre słowo, krótka rozmowa albo zwyczajna obecność obok drugiego człowieka. To doświadczenia, które wiele uczą i wiele dają. Właśnie takie rzeczy są w hospicjum bardzo ważnem.
Praca w hospicyjnej kuchni ma jednak swoją specyfikę. Jak wyjaśnia Alina, przygotowywanie posiłków wymaga tu szczególnej uważności, ponieważ każdy pacjent ma inne potrzeby i możliwości.
– Nasi podopieczni są bardzo różni, dlatego sposób ich żywienia zawsze trzeba dopasować indywidualnie – opowiada. – Są dorośli, którzy mogą jeść normalne posiłki, ale są też tacy, którym jedzenie trzeba rozdrobnić albo przygotować w innej formie, bo są karmieni przez sondę. Również żywienie dzieci w hospicjum ma swoje szczególne wymagania.
Jak wyjaśnia, posiłki przygotowuje się tak, aby były delikatne, lekkie i łatwe do spożycia, dostosowane do możliwości pacjentów.

– Najczęściej potrawy są duszone, żeby były miękkie – mówi. – Korzystamy ze świeżych produktów: mięsa, ryb, drobiu, przygotowujemy też dużo warzyw. Dla dzieci gotujemy lekkostrawne posiłki, robimy także smaczne kompoty.
Jak opowiada Alina, gotowe jedzenie trafia bezpośrednio do sal pacjentów. Ci, którzy mają na to siłę, jedzą samodzielnie, natomiast osobom słabszym pomagają pracownicy hospicjum. Kobieta przyznaje, że w swojej pracy czuje również ogromne wsparcie ze strony rodziny.
– Wszyscy zauważyli, że bardzo się zmieniłam – uśmiecha się Alina. – Stałam się spokojniejsza, łagodniejsza. Wykonuję pracę, którą naprawdę lubię i która daje mi dużo satysfakcji. Myślę, że bardzo ważne jest w życiu robić to, co się kocha. To ogromnie inspirujące, kiedy można pomóc innym ludziom, podarować im choć trochę dobrych emocji, a czasem choć na chwilę odciągnąć ich myśli od choroby…
Jak podkreśla, praca w hospicjum jeszcze mocniej uświadomiła jej, jak wielką wartością jest samo życie.
– Dziś wiem, że chcę żyć i cieszyć się każdym dniem – mówi. – A jednocześnie, poprzez swoją pracę i to, co robię własnymi rękami, mogę pomagać ludziom, którzy zmagają się z ciężką chorobą. To sprawia, że każdy dzień nabiera dla mnie głębszego znaczenia.
Pomoc hospicjum w najtrudniejszych chwilach życia
Poważna choroba może dotknąć każdego z nas, w każdej chwili, druzgocąco uderzyć w nasze życie, plany i marzenia.
Ponad 260 fachowców i wolontariuszy z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie w każdej chwili towarzyszy tym, którzy walczą z nieuleczalną chorobą, doświadczają ogromnego bólu, lęku i niewiadomej.
Pomoc i opieka hospicyjna dla dorosłych i dzieci, w domu i na oddziale stacjonarnym, jest bezpłatna i dostępna 24 godziny na dobę.
Pomóż ciężko chorym! Przekaż 1,2% podatku na rzecz Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie!
Zrób to teraz!
Kto wie, może kiedyś też będziesz potrzebował pomocy?
Więcej informacji: https://bit.ly/KaipPadeti